Kiedy Helena Wróblewska prowadzi swoje kozie stado na pastwisko, jego długość od rogów przewodniczki do ostatniego ogona wynosi z półtora kilometra.
Nic dziwnego, stado liczy ćwierć tysiąca sztuk. Mieszkańcy wsi Kierźliny utrzymują, że więcej kóz niż Helena Wróblewska z gospodarstwa ,Nad Arem” nie posiada nikt w regionie.
- Podziwiam kozy za wdzięk, elegancję, grację, spryt, inteligencję oraz czystość – chwali czworonogi właścicielka.
I za to, że przynoszą ludziom tyle pożytku. Pani Helena, głaszcząc Antoninę, wylicza: kozie mleko, sery, twaróg, skóry, mięso.
Po czym przeciągle gwiżdże, aby przywabić wychowanki. Bo gotowe, rogate dusze, wpakować się w zboże sąsiada i potem będzie afera.
Helena Wróblewska urodziła się pod Braniewem, w dużej rodzinie. Jest z wykształcenia technikiem laborantem. Ale w tym fachu nie widziała przyszłości. Założyła natomiast zakład dziewiarski.
- Raz było z górki, innym razem pod górkę. Pewnego dnia kupiliśmy z mężem w celach ozdobnych kozę Pyzę. I wyobraźcie sobie, że ta urodziła Śnieżkę. To mnie zainteresowało, więc założyłam hodowlę.
Ile ma kóz teraz? Liczy: Powinno być 250. Albo nawet jedna więcej. Kocą się te kozy bez przerwy. Kiedyś jedna urodziła małe na łące. Pani Helena wzięła je na ręce i niosła przez 3 kilometry, aż do domu.
Niby chodzą sobie kozy po rozległym pastwisku w nieładzie. Ale to tylko złudzenie. Stadem rządzi przewodniczka. A pozostałe dorosłe kozy i capy są podporządkowane pewnej hierarchii, nakazującej wzajemny szacunek. I niekoniecznie o pozycji osobnika decyduje wielkość jego rogów.
- Ja się do ich spraw nie wtrącam – zapewnia nas pani Helena.
Kiedy biegną szosą, przewodniczka jest na czele. Matki osłaniają małe.
- Dlaczego cap śmierdzi – pytamy na widok okazałych samców.
- Kozom nie śmierdzi, a nawet on je tym zapachem wabi – mówi pani Helena.
Kozy jedzą prawie wszystko. Przepadają za kasztanami, żołędziami, młodymi pędami traw, gałązkami drzewek, chlebem. Ale dokonują też wyboru. Na przykład z jednego drzewka zjadają tylko czubek i kilka liści.
Wychowana na smoczku Antonina, która trzyma się uporczywie nóg swojej pani, obgryza właśnie pasek od aparatu fotograficznego.
- Skórę i papier też wcinają – mówi pani Helena. – Na deser.
- Kozy porozumiewają się między sobą – twierdzi pani Helena.
Kiedy są głodne, meczą. Gdy są bardzo głodne, meczą głośniej. Proste.
Na pastwisku ciągle coś do siebie pokrzykują. Mają słaby słuch, za to dobry węch i wzrok.
Kiedy widzą psa, zwierają szeregi. Gdy ich zdaniem pies nie stanowi żadnego zagrożenia, wracają do posiłku. Jeśli szczerzy kły i ma wyraźną ochotę na kozie mięso, stado rozbiega się lub straszy go rogami.
Czasem dostrzegają bociana. Na początku konsternacja. Potem obojętność.
Kozy różnią się między sobą odcieniami sierści i cechami charakteru. Ile ich pani Helena rozpoznaje? Z pół setki, bo tyle ma imiona. Imiona posiadają wszystkie stare kozy. Pozostałe są ponumerowane.
- Jeżeli koza jest przeznaczona na obój, to łatwiej przychodzi mi zabić numer niż Baśkę – wyjaśnia opiekunka.
Te z imionami dokonają pewnie żywota u pani Heleny. Kozy żyją przeciętnie 12 lat.
Czy hodowla kóz jest opłacalna?
- Ze wszystkiego można wyżyć, tylko trzeba mieć głowę na karku – zapewnia pani Helena, która sprzedaje mleko, sery i twarogi do olsztyńskich supermarketów i wchodzi właśnie na rynek elbląski.
Żałuje, że na kozie mięso nie ma w Polsce zbytu. Nie skupuje się także skór, chyba że na afrykańskie bębny dla zespołów młodzieżowych. Najpopularniejsze jest mleko, które spożywają dzieci ze skazą białkową.
Kozy hoduje w regionie coraz więcej osób. Helena Wróblewska mówi, że nie boi się konkurencji. Przeciwnie, zabiega o stworzenie lobby, które będzie sprzedawać i popularyzować na Warmii i Mazurach kozie produkty.
Każda z podopiecznych pani Heleny nosi na szyi koraliki. Żeby było wiadomo, że jest rezydentką koziego gospodarstwa ,Nad Arem”.
Autor artykułu: Władysław Katarzyński